czyli jak wydać książkę

Wpisy z tagiem: zarobki pisarzy

czwartek, 14 lipca 2011

Kilka tygodni temu otrzymałem list od autora, który planuje podpisać umowę z wydawnictwem na wydanie swojej debiutanckiej książki. Wydawnictwo zaproponowało podział kosztów wydania pół na pół, natomiast w zamian za sfinansowanie przez autora połowy inwestycji zaoferowało tylko 10% ceny hurtowej, czyli pomiędzy 5-7% ceny w księgarni. List od autora zamieściłem we wpisie zatytułowanym Podział kosztów pół na pół, ale zysków już nie. Uczciwe?.

Komentarze pod tekstem odnosiły się raczej krytycznie do tego typu propozycji. Niektórzy sugerowali, aby autor wytrwale szukał wydawnictwa, które wyda jego książkę za darmo. Pewnie gdyby to było takie proste, nigdy nie dostałbym od niego listu. Generalnie najgłośniej krzyczą Ci, którzy są oburzeni faktem, że autor miałby wyłożyć jakąkolwiek gotówkę na stół wydawcy. Ja nie uważam tego za zbrodnię.

W tym miejscu pozwolę sobie na filozoficzno-ekonomiczną dygresję. Uważam, że ludzi można podzielić na dwa typy: przedsiębiorców i ludzi na etacie. Ci drudzy żyją w przekonaniu, które nazwałbym „mi się należy” (oczywiście nie wszyscy). Pracują „od do” i za swoją pracę wymagają wynagrodzenia. Jeśli pracują godzinę dłużej, to uważają, że należą im się za to dodatkowe pieniądze. Jeśli coś idzie nie tak, to nadal uważają, że „im się należy”. Na przykład jeżeli nie wypełniają swoich obowiązków, to tracą pracę, idą do urzędu pracy i mówią „mi się należy zasiłek”. Jeśli urząd odsyła ich z kwitkiem, idą do pomocy społecznej i mówią to samo. Co by nie robili, uważają, że za istnienie należą im się pieniądze.

Przedsiębiorcy (oczywiście nie wszyscy) pracują tyle, ile trzeba. Czasem trzy godziny dziennie, czasem osiemnaście. Zdecydowana większość z nich pracuje ponad osiem godzin, czyli dłużej niż człowiek na etacie. Rzadko skutkuje to wypłaceniem sobie nadgodzin. Nie zawsze mają pewność, że w tym miesiącu coś zarobią, a pomimo to pracują. Zdają sobie sprawę, że za istnienie nikt nie da im pieniędzy.

Uważam, że opinie typu nie płać za wydanie swojej książki, tylko szukaj kogoś, kto zapłaci tobie wygłaszają ludzie na etacie lub szukający etatu. To tak jakby mówili: jestem artystą i należą mi się pieniądze. Zapytam trochę zbyt prowokacyjnie – skoro jesteś artystą, to dlaczego tak bardzo zależy ci na pieniądzach? Piszesz dla sztuki czy dla pieniędzy?

Oczywiście, nie twierdzę, że autorzy powinni pisać za darmo, ale jestem przekonany, że ludzie myślący w kategoriach etatu nie są dobrymi pisarzami, bo zamiast praktykować pisarstwo muszą pracować na etacie. Już kiedyś pisałem o ich sytuacji i co mogą z nią zrobić. Przedsiębiorcy natomiast ponoszą znacznie większe ryzyko niż pracownicy, ale też mogą zarabiać znacznie więcej. I tutaj pojawia się problem z propozycją przedstawioną panu Pawłowi, który miałby zapłacić połowę kosztów wydania swojej książki. Skoro ponosi ryzyko jak przedsiębiorca, to dlaczego miałby dostać tylko tyle, co zwykły autor-pracownik? Według mnie finansując w połowie swoją książkę jest już partnerem biznesowym, a nie autorem i należy mu się połowa udziałów w zysku. Dla mnie nie różni się to niczym od kupna połowy akcji spółki. To już nie jest praca. To inwestycja biznesowa.

Nie wiem czy panu Pawłowi bardziej zależy na wydaniu książki, czy na zyskach, ale powinien zdawać sobie sprawę, że jeśli sprzedada się 1000 egz. jego książki (co jest dobrym wynikiem), to zwróci mu się tylko 1500 złotych z zainwestowanych 3500 zł. Oczywiście 1000 egz. z pierwszego nakładu nigdy się nie sprzeda, ponieważ z oferty wynika, że za promocję autor nic nie płaci (bo nie ma za co). Musi tylko oddać w celach promocyjnych 50 egzemplarzy, czyli w najlepszym przypadku na rynek trafi co najwyżej 950 egzemplarzy.

Jego książka raczej nie będzie sprzedawana za więcej niż 30 zł. Aby wyszedł na zero, musiałby mieć około 13% ceny detalicznej lub 26% „ceny detalicznej pomniejszonej o marże” (czyli prawie trzykrotnie więcej niż oferuje mu wydawnictwo). Wówczas jego wkład zwraca się po sprzedaży 950 egz., a wydawcy już po 370 egz. Gdyby to była moja książka, oczekiwałbym minimum 20% ceny detalicznej, czyli 40% hurtowej, ale podejrzewam, że wydawca się na to nie zgodzi, chyba, że bardzo podoba mu się powieść i zrobi to z czystej przyjemności.

Koniecznie dowiedziałbym się, ile stron miałaby wydrukowana książka po składzie oraz na jakim papierze byłaby wydrukowana (gramatura, rodzaj, objętościowy?). Na jakim papierze byłaby okładka? Jakie uszlachetnienie okładki? Jaki format? Na podstawie tych danych można określić, ile rzeczywiście kosztuje druk owej książki i czy wkład autora to faktycznie 50% kosztów, bo jeśli 1000 egzemplarzy można wydrukować za 4000 zł, to autor praktycznie pokrywa prawie cały druk.

Skoro koszt wydania wynosi 7000 zł, a koszt druku 6000 zł, to oznacza, że koszt korekty, składu i okładki jest równy 1000 zł. To bardzo dobra cena. Tak dobra, że aż podejrzana. Jeśli to wydawnictwo jest w stanie zrobić za 1000 złotych skład, redakcję i korektę, to chętnie złożę im kilka zleceń. Jeśli by się nie zgodzili, to znaczy, że albo koszt jest znacznie wyższy i idzie z funduszy autora, albo rozpaczliwie szukają pieniędzy, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby mi tego za 1000 złotych.

niedziela, 08 maja 2011

Dostałem list ze Stanów Zjednoczonych. List ten pokazuje typowy problem polskiego autora powieści. To znaczy nie do końca polskiego, ale do rzeczy.

Witam,

Mam na imię Paweł, mieszkam w Stanach i jestem pisarzem (piszącym po polsku). Piszę z dwóch powodów: pierwszy jest taki, że niedawno trafiłem na Twój świetny blog "mojbook", a drugi taki, że znalazłem niedawno polskie wydawnictwo, które jest zainteresowane wydaniem mojej pierwszej powieści. Wiec nie będę ściemniał. Piszę błagając o radę.

Wydawnictwo, które chce mnie wydać jest raczej nowym i niedużym wydawnictwem. Wiem, że ich pozycja na rynku jest dość kontrowersyjna, niektórzy ich krytykują dość zajadle, ale mi ogólnie się dość podoba, bo promuje pewnego rodzaju alternatywę z domieszką punku i może nawet pornografii (następny kontrowersyjny składnik).

Składając mi ofertę wydania mojej książki od razu szczerze oznajmili, że są raczej biednym wydawnictwem i autor musi dofinansowywać koszty wydania książki (czyli redakcję, drukowanie, promocję). Chcą mi wydać tysiąc egzemplarzy. Koszt druku jednej książki ma wynieść około 6 złotych plus koszty promocji, razem jakieś 7 000 zł, z czego połowę miałbym zapłacić sam, czyli jakieś 3500 złotych (możliwość rozłożenia tego na raty).

W cenie 6 złotych jest też skład i korekta. Wydawnictwo pokrywa połowę kosztów, ale niestety nie dzieli się połową zysku. Daje tylko jakieś 10 % i do tego nie jestem jeszcze pewien czy z ceny hurtowej czy detalicznej. Koszty reklamy to 50 darmowych egzemplarzy, które trafią do mediów i patronów medialnych, premiera w empiku, sprzedaż przez firmy dystrybucyjne Azymut, Matras, Olesiejuk plus Merlin i dystrybutorów niezależnych. Zaznaczyli też, że jest to tylko standardowa treść oferty i z tego co rozumiem to te 10% jest sprawą do targowania.

Dostałem dziś od nich treść umowy między autorem a wydawnictwem. Tytuł całego tego pisemka od razu mnie troszkę przeraził: UMOWA O PRZENIESIENIE AUTORSKICH PRAW MAJĄTKOWYCH. Nie wczytałem się w to jeszcze, ale boję się, że chodzi właśnie o to przed czym przestrzegałeś, czyli żeby nie dać się wrobić w "umowę o przeniesienie praw", ale wywalczyć "umowę licencyjną". Oczywiście zamierzam o to walczyć. Obawiam się jednak, że nawet jeśli to wywalczę, to będą jeszcze bardziej oporni żeby dać mi większy procent zysku

Wygląda na to, że sprzedawanie sztuki to brudnawy biznes jak każdy inny. Rzecz jasna, gdy w grę wchodzą pieniądze.

Po okresie radości, że chcą mnie wydać, czuję, że zaczynam być nerwowy. Czy oferta tego wydawnictwa jest rozsądna i dobra jak na polskie warunki? 3500 zł trochę mnie przeraziło, nawet w sytuacji, że pracuję w Stanach. Nie mam pojęcia, jak to robią młodzi pisarze w Polsce, jeśli nie mają bogatej mamy albo wujka.

Oczywiście próbowałem też szans w większych wydawnictwach, ale bez skutku. W jednym nawet miałem szczęście rozmawiać z redaktorką, która przyznała mi, że moja książka pewnie w ogóle nie została przeczytana przez byłego redaktora.

 

Na życzenie autora z listu usunąłem nazwę wydawnictwa. Pan Paweł wciąż z nimi negocjuje, więc nie chce sobie narobić nieprzyjemności.

Zanim wyjawię swoje zdanie na temat tej oferty, jestem ciekaw Waszych komentarzy, Drodzy Czytelnicy. Dlatego wstrzymam się z moją opinią kilka tygodni. Podjęlibyście się wydania swojej książki na takich warunkach?

wtorek, 11 stycznia 2011

Rzadko się to zdarza, ale się zdarza – autor, który wysłał swoją powieśc otrzymuje pozytywną odpowiedź. Myślę, że tylko 1% procent propozycji literackich nadsyłanych do wydawnictw jest wydawana, choć to zależy jeszcze od wydawnictwa. Są oficyny, które nie wydają żadnych nadsyłanych maszynopisów i same zlecają napisanie książek, które zrodziły się w głowach tzw. redaktorów inicjujących. Zadaniem autora jest wówczas tylko ten pomysł zrealizować. Taką praktykę realizują na przykład wydawnictwa publikujące podręczniki szkolne i poradniki (Helion, PWN, Operon itp.).

Jeśli jakiś wydawca już decyduje się wydać otrzymaną książkę, to autor może czuć się naprawdę wielce wyróżniony - w jego twórczości musi być coś wyjątkowego, skoro jest w tym jednym procencie wybrańców redaktorskiego losu. Ten pogląd ostatecznie zweryfikują jeszcze czytelnicy, kupując (lub nie) to, co napisał, ale do tego czasu pisarz może czuć się potencjalnym geniuszem. Pytanie tylko, jak nie stać się geniuszem-frajerem, który na swoim geniuszu nic nie zarobi. Oto kilka porad, o których należy pamiętać podpisując umowę autorską z wydawnictwem.

Autor zarabia najmniej

To smutna prawda – autor na swojej książce zarabia najmniej. Dostaje od kilku do kilkunastu procent ceny książki, podczas gdy wydawnictwo zgarnia około 40%, a dystrybutor 50%. Czy to jawna niesprawiedliwość? Nie do końca. Należy pamiętać, że autor nie ponosi żadnego ryzyka finansowego. Do napisania powieści potrzeba mu tylko czasu i ewentualnie komputera, natomiast na wydawnictwo i księgarnię spadają wszelki koszty (druk, transport, magazynowanie, prowadzenie księgowości – ogólnie całkiem spora lista wydatków). Efekt jest taki, że może i do kieszeni wydawnictwa spływa więcej gotówki niż do kieszeni autora, ale to wcale nie znaczy, że więcej w niej zostaje.

5, 10, 15 procent

Ile wynoszą zarobki autorów? 5, 10 czy 15% ceny książki? Dużo zależy od zdolności negocjacyjnych autora i kart, jakie ma w rękawie. Jeszcze więcej zależy od tego, ile wydawnictwo jest w stanie wyłożyć na stół. Najlepiej w atmosferze sympatii (broń Boże nie w atmosferze przeciągania liny), wybadać, jaki budżet wydawnictwo chce przeznaczyć na daną książkę, jaki nakład planuje wydrukować, jaką cenę detaliczną chce ustalić. W większości przypadków oficyny negocjujące z autorami już wstępnie znają odpowiedzi na te pytania. Pytanie o takie rzeczy nie jest uznawane za wścibstwo. Zanim pisarz złoży swój pierwszy autograf na umowie, powinien przejść się po wydawnictwie, zobaczyć, ilu pracowników zatrudnia jego przyszła oficyna (czyli jakie ma koszty) i ile książek wydaje rocznie. Powinien sprawdzić, jakie dana firma ma przychody. Takie informacje są jawne (pod warunkiem, że wydawnictwo jest spółką inną niż cywilna) i znajdują się na przykład w wydawanym co roku zestawieniu „Rynek książki w Polsce” lub w Krajowym Rejestrze Sądowym. Na ich podstawie można policzyć, ile wydawnictwo przeciętnie zarabia na każdej książce, a więc ile z tego autor może uszczknąć dla siebie.

Oczywiście zanim postawi się wymagania, trzeba wiedzieć, co samemu ma się do zaprezentowania. Jeśli ktoś napisał przełomową książkę, jakiej jeszcze nie było i odkrywa w niej wcześniej nieznane fakty (jak np. zrobił to Domosławski), to może negocjować ponad 10%. Jeśli jednak pisze kolejny kryminał do pociągu, to nie powinien nastawiać się na duży zarobek. Jeżeli zażąda zbyt wiele, wydawnictwo znajdzie sobie podobną powieść w lepszej cenie u kogoś innego.

Cena hurtowa to nie cena detaliczna.

Jeśli na umowie masz zagwarantowane 10% ceny hurtowej książki (albo ceny, po jakiej wydawnictwo sprzedaje książkę) zamiast ceny detalicznej (rynkowej), to znaczy, że tak naprawdę dostaniesz 5% ceny wydrukowanej na okładce. Cena hurtowa to najczęściej 50% ceny detalicznej. Czasem nawet 45%.

Umowa licencyjna zamiast umowy o przeniesienie praw autorskich.

Umowa o przeniesienie praw jest na zawsze, a licencyjna niekoniecznie. Licencyjna może być zawarta tylko na jakiś czas lub tylko na druk określonego nakładu. Może być wyłączna (tylko dla jednego wydawnictwa) lub niewyłączna (dla kilku oficyn, na przykład polskiej i zagranicznej). Generalnie licencja pozostawia sporo możliwości autorowi, a przeniesienie praw raczej je bezpowrotnie zamyka, dlatego w większości przypadków warto nalegać na umowę licencyjną. Oczywiście trzeba sprawdzić, czy gra jest warta świeczki. Jeśli wydawnictwo naciska na przeniesienie praw, a autor ma pewność, że i tak ze swoją książką w przyszłości nic więcej nie zrobi, to lepiej zgodzić się na przeniesienie praw, a w zamian na przykład poprosić o wyższą stawkę.

„Ja bym dał, ale szef nie”

Czasem osoba odpowiedzialna za kontakty z autorami negocjuje za nich umowy w imieniu wydawnictwa. Problem polega na tym, że taka osoba ma narzuconą jakąś ofertę i nie może jej zmieniać na prośby, błagania i twarde argumenty autora. Wówczas warto poprosić o rozmowę bezpośrednio z kimś, kto podejmuje decyzje finansowe.

Zaliczka, James Zaliczka

Pieniądze na rynku książki spływają baaaaaaardzo długo. Załóżmy, że jakiś pisarz stał się z dnia na dzień autorem bestsellera. W okresie świąt jego powieść sprzedała się jak świeże bułeczki. Jeśli myśli, że w styczniu dostanie swój procent od sprzedaży, to jest w wielkim błędzie. Przykładowo Empik każe czekać wydawnictwom 120 dni na płatność, a potem często serwuje im kolejne dwa tygodnie opóźnienia. Czyli za książki, które sprzedały się w grudniu, wydawca może otrzymać pieniądze w kwietniu lub maju, a autor jeszcze później. Z tego powodu zawsze przy podpisywaniu umowy należy domagać się tzw. zaliczki na poczet sprzedaży, czyli konkretnej sumy na dzień dobry. Nawet drobnej – tysiąc, dwa. Wszelkie późniejsze wpływy ze sprzedaży zostaną pomniejszone o tę zaliczkę i przekazane autorowi. Jerzy Pilch przeszedł do wydawnictwa Świat Książki skuszony właśnie zaliczką na poczet sprzedaży jego przyszłych książek. Wynosiła ona... 100 tysięcy złotych (!), czego wszystkim autorom z całego serca życzę.

ps. Pilch pewnie i tak przepił całą tę zaliczkę, żeby napisać swe książki.

Na koniec polecam książkę mojego wydawnictwa:

wywiady bez kitu

sobota, 11 grudnia 2010

Dziś ktoś, kto podpisał się jako karbar zadał mi pod moim tekstem o zarobkach pisarzy pytanie: „Skoro praca od 9-17 nie wchodzi w grę, to co wymyśliłeś? Jest jakakolwiek szansa, żeby wyżywić rodzinę, spłacać kredyty i czasem pojechać na wakacje dla początkujących pisarzy, którzy chcieliby zajmować się tylko pisaniem?”.

Odpowiedź jest prosta – nie. Takiej szansy nie ma. Nie tylko dlatego, że biura podróży raczej nie mają w swojej ofercie „wakacji dla początkujących pisarzy”. Po prostu nie sądzę, aby istnieli pisarze, którzy mają kredyty i jeżdżą z rodziną na wakacje na Majorkę raz do roku. To nie ten typ człowieka. Tak robią przedstawiciele handlowi, wszelacy dyrektorzy i prezenterzy telewizyjni. Pisanie to nie jest praca, która służy zarobieniu na wakacje.

Oczywiście pisanie przynosi dochód (jak praca) i często zajmuje całe dnie (jak praca). Rzecz w tym, że to nie jest środek do celu. To jest cel sam w sobie. Dlatego pisarz nie jedzie na wakacje, żeby odpocząć od swojej pracy – pisania. On jedzie na wakacje, żeby pisać.

Stephen King napisał w książce „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”: „W wywiadach często powtarzam, że piszę codziennie, poza Bożym Narodzeniem, 4 lipca i moimi urodzinami. To kłamstwo. (…) Prawda jest taka, że kiedy piszę, robię to co dzień. (…) Dla mnie brak pracy to prawdziwa praca. Kiedy piszę, świetnie się bawię. Najgorsze trzy godziny, jakie poświęciłem pisaniu, wciąż stanowiły niezłą zabawę”.

Książkę „Jak pisać…” bardzo polecam. Pokazuje jak powstaje pisarz – od pisania w szkole, we własnym pisemku, poprzez pisanie do gazet (i setkach odmów) oraz pisanie w kanciapie w otoczeniu pieluch własnych dzieci (tak powstała „Carrie”) aż do pierwszego czeku. Każdy etap życia pisarza jest połączony z pisaniem. To nie jest jakiś wielki natchniony koncept filozoficzny. To po prostu realia. Nikt nie zostanie pisarzem, jeśli nie będzie pisał. Mówiąc „pisał” mam na myśli pisanie przez lata, codzienną praktykę, wieczne, nieustające ćwiczenie, a nie napisanie jednej powieści z nadzieją, że okaże się świetnym debiutem i żyłą złota. Przecież nikt nie rodzi się geniuszem. To jest proces samodoskonalenia.

Im więcej się pisze (i czyta), tym więcej się potrafi. Prof. Stanisław Bereś (m. in. juror przyznający nagrodę Nike) powiedział mi kiedyś, że pisarze, to ludzie bardzo świadomi języka. Coś w tym jest. Tak samo informatyk jest świadomy swoich narzędzi. Dla niektórych ta strona internetowa to po prostu strona internetowa. A dla informatyka to zestawienie plików html, css w połączeniu z programowaniem php, bazą MySql i Bóg wie, czym jeszcze.

Tak samo dla zwykłego zjadacza chleba książka to książka. Opowieść jest taka, jak ją czytamy. Natomiast pisarz jest świadomy, że gdyby zmienił jedno zdanie, to byłaby zupełnie inna powieść o zupełnie innym wydźwięku. Jedną historię mógł opisać albo za pomocą retrospekcji, albo dialogu, albo opisu, albo konstrukcji szkatułkowej albo za pomocą setek innych sposobów. W zależności od tego, którą możliwość wybierze, będzie miał zupełnie inną powieść. Rzecz w tym, żeby wybrać tę właściwą.

Tak samo informatyk może zrobić tę stronę www we flashu, htmlu, xhtmlu, jako divy lub jako tabele. Zwykły zjadacz chleba nie zobaczy różnicy a informatyk zobaczy. Informatyk wie, że xhtml będzie inaczej się zachowywał niż html, a to decyduje o tym, czy dana strona będzie przyjazna dla użytkownika, czy będzie go wkurzać jak nudna lektura.

Co ma wspólnego pisarz z informatykiem? Obaj to rzemieślnicy. Tak samo jak informatyk wie, że xhtml to nie html, tak samo pisarz wie, że synonimy to nie są wyrazy bliskoznaczne, jak nas uczono w szkołach. Po latach pisania zdążył zrozumieć, że słowo naga i goła nie oznaczają tego samego. Goła kobieta jest brzydsza od nagiej, a prawda nie może być goła, musi być naga. Dobrzy pisarze to wiedzą, ale nie urodzili się z tą wiedzą. Musieli napisać setki tysięcy słów, zanim na to wpadli, a nie napisaliby setek tysięcy słów, gdyby nie sprawiało im to frajdy. Tym samym nie zostaliby dobrymi pisarzami, gdyby pisanie nie było ich pasją. Pisarze nie żyją z pisania. Oni żyją pisaniem.

Oczywiście z czegoś muszą żyć i tu się pojawia problem. Sztuka polega na tym, żeby znaleźć taki sposób tworzenia, który pozwala zarabiać. W 2002 roku Katarzyna Grochola powiedziała dziennikarzowi Wprost, że nie może utrzymać się z pisania. „Więcej zarabiam, współtworząc scenariusz do telewizyjnego serialu „M jak miłość” – mówiła. I to pozwoliło jej przetrwać i zajść daleko. Literackiego Nobla raczej nie dostanie, ale wielu początkujących autorów w głębi duszy chętnie by się z nią zamieniło.

Inni pisarze jak Stephen King, William Golding czy Marek Krajewski byli nauczycielami lub pracownikami naukowymi. To nie jest praca od 9:00 do 17:00, lecz tylko na kilka godzin dziennie, a więc pozostaje sporo czasu na pisanie. Golding pisał „Władcę Much” zadając uczniom na lekcji zadania do samodzielnego rozwiązania, co dawało mu całą godzinę lekcyjną spokoju na pisanie pod biurkiem.

Zasada numer jeden każdego początkującego pisarza – jeśli nie masz pieniędzy, to znajdź taki sposób zarabiania, który albo będzie polegał na pisaniu, albo nie będzie w tym przeszkadzał.

Zasada numer dwa – staraj się jak najwięcej zarabiać na każdym swoim słowie. Wspomniana już Katarzyna Grochola za każdy sprzedany egzemplarz „Nigdy w życiu!” otrzymywała w 2002 roku od wydawnictwa W.A.B. 30 groszy, a za wznowienie „Przegryźć dżdżownicę” – 60 groszy. Nic dziwnego, że musiała dorabiać pisząc scenariusze. O tym, jak najwięcej zarobić na swoich książkach, napiszę innym razem.

Na koniec polecę książkę zatytułowaną "Wywiady Bez Kitu" wydaną przez moje wydawnictwo. To również książka mówiąca o tym, jak zostać artystą, tyle że muzykiem.

 

wywiady bez kitu

piątek, 26 listopada 2010

Powiedzmy sobie szczerze – nawet najlepszy autor pod słońcem może zostać przeoczony przez wszystkie wydawnictwa. Załóżmy, że istnieje sobie pisarz geniusz, nazwijmy go tak jak ostatnio, czyli Śmigło. Załóżmy, że pan Śmigło jest znakomitym pisarzem. Nieważne, czy pisze bajki o czarodziejach czy poradniki dla e-handlowców i inżynierów wiertnictwa – po prostu nie można oderwać się od jego książek.

Niestety Śmigło jest też ekscentrycznym samotnikiem, ponieważ całe życie poświęcił pisaniu (genialni pisarze często tak mają). W związku z tym koperty z jego maszynopisami wysyłane do wydawnictw lądują w stercie innych równie szarych kopert, na które nikt nie zwraca uwagi latami, a pracownicy wydawnictwa zawsze znajdą jakiś powód, żeby nie przeczytać jego książki (bo Tomasz Lis przyszedł ze swoją, bo nadarza się okazja, aby podkupić Grocholę innemu wydawnictwu, bo przyszła kolejna sterta kopert, bo teraz trzeba promować naszego zdolnego debiutanta, który ma już trzy debiuty na koncie i świetne recenzje, ale wciąż słabo się sprzedaje i to pewnie dlatego, że „ludzie się nie znają”).

I tak książka pana Śmigło, która byłaby pewnym bestsellerem, nigdy nie zostaje wydana. Wydawcy nawet nie wiedzą, jaka fortuna przeszła im koło nosa, choć leżała w ich biurze, a pan Śmigło dalej żyje w biedzie niczym Norwid.

Co może zrobić, żeby nie skończyć w ten sposób?

Opcja 1. Samemu wydać swoją książkę. Olga Tokarczuk tak zrobiła i jej się udało, to dlaczego panu Śmigło miałoby się nie powieść? Tyle że Tokarczuk zyskała wielu czytelników dopiero, gdy trafiła do dużego wydawnictwa. Poza tym, aby wydać swoją książkę trzeba mieć kilka tysięcy złotych na druk, a do tego na korektę, skład, łamanie i tak dalej. Poza tym pan Śmigło nie nadaje się w żadnym wypadku na sprzedawcę, a przecież komuś trzeba te książki sprzedać – opcja 1. odpada.

Opcja 2. Wydać e-booka. Brzmi świetnie – teraz jest na to szał. Wychodzą czytniki e-booków, e-booki nie zajmują miejsca, elektronika to przyszłość, a do tego nie trzeba tych kilku tysięcy na druk. Do tego takie firmy jak virtualo zachęcają autorów do współpracy i zamieszczania e-booków na sprzedaż w ich serwisie. Wszystko wygląda różowo. Niestety tylko wygląda. Czy ktokolwiek widział bestsellera, który był tylko e-bookiem? E-booki to rynek rozwijający się, ale wciąż mały. Jeśli tylko 5-10% ludzi kupujących książki kupuje je właśnie w postaci e-booka, to nie ma co liczyć na to, że pan Śmigło dzięki swojej e-książce zostanie sławny i (co dla niego znacznie ważniejsze) zarobi na to, żeby móc dalej pisać, zamiast siedzieć przy kasie w Biedronce. Zatem opcja 2. też nie jest zbyt pociągająca. Poza tym Pan Śmigło jest staroświecki i uważa, że nie ma to jak papierowa książka.

I co pozostaje? Opcja 3. Tylko, jaka ona jest? Najlepiej, gdyby ktoś wydał tę książkę, zajął się drukiem i opłatą za niego, a do tego najlepiej gdyby ją jeszcze wypromował i sprzedawał. I żeby nie marudził, czy jest dobra czy zła, a broń Boże, żeby nic nie zmieniał w tekście. I jeszcze żeby pan Śmigło miał większe zyski z książki niż marne 10% ceny, podczas gdy 90% idzie dla wydawnictwa i księgarzy. Tak by było najlepiej, tylko gdzie kogoś takiego znaleźć?

Ja wiem, gdzie. Opiszę opcję 3. w następnym wpisie.

niedziela, 31 października 2010

Niewiele, ale zależy, o którego chodzi. Weźmy dwa przykłady: autora, który słabo się sprzedaje i autora bestsellerów, na przykład Olgę Tokarczuk. Katarzyna Grochola i Malgorzata Kalicińska nie są dobrym przykładem, ponieważ sprzedaż ich książek była w 2009 roku dzięki telewizji (serial o „Rozlewisku” i „Taniec z gwiazdami”) zdecydowanie zawyżona jak na polskie warunki.

Przeciętna książka Tokarczuk sprzedaje się w nakładzie około 40 tysięcy egzemplarzy. To dość uśredniona liczba jak na polskie bestsellery. Są autorzy, którzy sprzedają znacznie więcej, ale to naprawdę rzadkość. Przeciętnie większość polskich pisarzy obecnych na listach bestsellerów (Pilch, Pilipiuk, Chmielewska, Szwaja itd.) trzymają się poziomu sprzedaży bliskiemu 40 tysięcy książek, tak było na przykład w 2009 roku.

Jedna z ostatnich książek Tokarczuk, „Bieguni”, kosztuje 39,99. Można też kupić książkę w twardej oprawie za 46 zł, jednak takie wydanie raczej stanowi mniejszość nakładu. Nie wiadomo, ile z tego dostaje Tokarczuk, ponieważ to tajemnica jej i wydawnictwa, ale realia na polskim rynku wydawniczym są przeważnie takie, że autor może liczyć na około 10%, czyli w przypadku „Biegunów” 3,99 zł. Tę stawkę trzeba pomnożyć przez 40 000, co daje ok. 160 000 złotych. Nieźle, prawda? Urząd skarbowy ogołoci panią Tokarczuk do jakichś 110 000 złotych, ale i tak nie może narzekać. Da się żyć.

A teraz weźmy autora przeciętniaka, nazwijmy go zupełnie przypadkowo, na przykład Roman Śmigło. Jego książka sprzedała się w nakładzie 3000 egzemplarzy, co i tak jest dużym sukcesem, bo pan Śmigło pisze prozę i ma dużo znajomych, którzy kupowali i polecali jego książkę innym. Śmigło powinien się cieszyć, że nie jest poetą samotnikiem, ponieważ wtedy jego tomik przy dobrych wiatrach sprzedałby się w nakładzie co najwyżej 200 egzemplarzy.

Książka pana Śmigło kosztuje 24,99. Nie wypada dać wyższej ceny w przypadku zupełnie nieznanego debiutanta. 2,50 od każdej książki pomnożone przez 3 tysiące daje 7500 minus podatek. Da się z tego żyć, ale pod warunkiem, że Śmigło napisze nową, równie dobrą książkę co 2-3 miesiące. Są pisarze, którzy to potrafią. Takie tempo pisania przez wiele lat prowadził Stephen King. Jego wydawca stwierdził jednak, że nie można tak szybko pisać – jeszcze się jedna książka nie sprzedała, a już miałby promować drugą, przez co sprzedaż pierwszej z pewnością straciłaby impet. Dlatego kilka książek Kinga wydano pod pseudonimem Richard Bachman.

Nie trudno się domyślić, że pan Śmigło również nie może przesadzać z pisaniem, bo nikt mu nie wyda powieści w takim tempie, tym bardziej, że pewnie z powodu szybkości tworzenia stracą na jakości. Ale z drugiej strony, w jaki sposób pan Śmigło ma wyżyć za 7500 brutto raz na pół roku, czyli 1250 złotych miesięcznie? To mniej niż minimalna pensja gwarantowana przez państwo (1317 zł).

Dlatego początkujący, nawet wybitni pisarze dochodzą do wniosku, że trzeba mieć stałą pracę, a pisanie traktować jak dochodowe hobby. Moim zdaniem nie ma nic gorszego dla pisarza, jak stała praca. Jak powiedział Maleńczuk w książce wydanej przez moje wydawnictwo N a r b o o k: „Albo jesteśmy urzędnikami, albo jesteśmy artystami” (wyciąłem z tej wypowiedzi brzydkie słowo na literę k, które powinno być przed artystami).

W pełni się z tym zgadzam. Jeśli czyta mnie teraz jakiś początkujący pisarz/pisarka i myśli, że popracuje od 9:00 do 17:00, a potem będzie pisał, to mogę się założyć, że pisarz z niego nie będzie. Pół godziny będzie potrzebował, żeby przedrzeć się przez korki do domu, potem trzeba zrobić zakupy i ugotować coś do jedzenia, sprawdzić pocztę, a potem wiadomości w telewizji, a potem jest mecz albo wpadają kumple/koleżanki, albo jest nowy odcinek ulubionego serialu i tak dochodzi godzina 22:00, spać się chce, umyć się trzeba, rano wstać, kiedy więc pisać? Zawsze zostaje te pół godziny między 23:00, a 23:30, ale pisanie to nie jest coś, czego można się nauczyć w pół godziny dziennie jak na kursie korespondencyjnym.

Co zatem może zrobić początkujący pisarz? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć wkrótce.