czyli jak wydać książkę
czwartek, 17 listopada 2011

 

Gdy takie zdanie usłyszy od autora wydawca, to klnie w duszy. Równie dobrze autor może powiedzieć „Nie wyślę ci całości tekstu ty parszywy oszuście, bo na pewno mnie oszukasz”. Odpowiedź wydawcy może być tylko jedna – „to nie wysyłaj”. 

Wielokrotnie miałem do czynienia z autorami, którzy obawiali się wysłać do mnie całości utworu z obawy, że wykorzystam ich tekst dla własnego zarobku. Pomijając fakt, że dają mi w ten sposób do zrozumienia za kogo mnie uważają, pytam się – po co miałbym czyjkolwiek tekst wykorzystać bez zgody? Oczywista odpowiedź autora, który w wydawcach widzi krwiopijczych oszustów brzmi „dla pieniędzy”, ale czy na pewno by mi się to opłacało?

Wysłanie książki w całości do wydawnictwa nigdy nie skończy się wydaniem jej bez zgody autora. Czy ktoś słyszał o takim przypadku? Tak. Pewnie! Słyszy się to i tamto, ale czy ktokolwiek może podać konkretny przykład? Oczywiście, że nie.

Gdyby tak się stało, autor powinien skakać z radości, ponieważ ma wygraną sprawę w sądzie o grube pieniądze. Prawa autorskie bardzo dobrze chronią tutaj interes twórców. Jeśli to jest książka debiutanta, który nigdy nic nie wydał (a tylko tacy obawiają się wysyłać w całości swoje utwory do wydawców), to wreszcie może on zobaczyć swój upragniony debiut w księgarni. Mało tego. Książki, wokół których toczą się procesy bardzo dobrze się sprzedają (vide: proces wytoczony przez żonę Kapuścińskiego), co jest dodatkową korzyścią dla oszukanego autora, ponieważ po wygranym procesie wydawca nie zobaczy ani grosza z tych sporych zysków, a do tego będzie musiał jeszcze drugie tyle dopłacić pisarzowi.

Dlatego też pomimo wielu mitów, nie ma ani jednej sprawy, w której wydawca wykorzystał czyjś tekst bez zgody autora, ponieważ zwyczajnie wydawnictwo strzelałoby sobie w ten sposób w kolano. Zresztą myślenie debiutanta, który wysyła tylko fragment powieści, żeby wydawca go nie wykorzystał, jest z założenia głupie, bo niby dlaczego wydawca miałby wykorzystać tylko całość, a nie mógł wykorzystać fragmentu?

Dlatego też, drodzy debiutanci, nie bójcie się wysyłać swoich utworów w całości, jeśli wydawca sobie tego życzy. Nic na tym nie możecie stracić, a za to sporo zyskać.

 

czwartek, 14 lipca 2011

Kilka tygodni temu otrzymałem list od autora, który planuje podpisać umowę z wydawnictwem na wydanie swojej debiutanckiej książki. Wydawnictwo zaproponowało podział kosztów wydania pół na pół, natomiast w zamian za sfinansowanie przez autora połowy inwestycji zaoferowało tylko 10% ceny hurtowej, czyli pomiędzy 5-7% ceny w księgarni. List od autora zamieściłem we wpisie zatytułowanym Podział kosztów pół na pół, ale zysków już nie. Uczciwe?.

Komentarze pod tekstem odnosiły się raczej krytycznie do tego typu propozycji. Niektórzy sugerowali, aby autor wytrwale szukał wydawnictwa, które wyda jego książkę za darmo. Pewnie gdyby to było takie proste, nigdy nie dostałbym od niego listu. Generalnie najgłośniej krzyczą Ci, którzy są oburzeni faktem, że autor miałby wyłożyć jakąkolwiek gotówkę na stół wydawcy. Ja nie uważam tego za zbrodnię.

W tym miejscu pozwolę sobie na filozoficzno-ekonomiczną dygresję. Uważam, że ludzi można podzielić na dwa typy: przedsiębiorców i ludzi na etacie. Ci drudzy żyją w przekonaniu, które nazwałbym „mi się należy” (oczywiście nie wszyscy). Pracują „od do” i za swoją pracę wymagają wynagrodzenia. Jeśli pracują godzinę dłużej, to uważają, że należą im się za to dodatkowe pieniądze. Jeśli coś idzie nie tak, to nadal uważają, że „im się należy”. Na przykład jeżeli nie wypełniają swoich obowiązków, to tracą pracę, idą do urzędu pracy i mówią „mi się należy zasiłek”. Jeśli urząd odsyła ich z kwitkiem, idą do pomocy społecznej i mówią to samo. Co by nie robili, uważają, że za istnienie należą im się pieniądze.

Przedsiębiorcy (oczywiście nie wszyscy) pracują tyle, ile trzeba. Czasem trzy godziny dziennie, czasem osiemnaście. Zdecydowana większość z nich pracuje ponad osiem godzin, czyli dłużej niż człowiek na etacie. Rzadko skutkuje to wypłaceniem sobie nadgodzin. Nie zawsze mają pewność, że w tym miesiącu coś zarobią, a pomimo to pracują. Zdają sobie sprawę, że za istnienie nikt nie da im pieniędzy.

Uważam, że opinie typu nie płać za wydanie swojej książki, tylko szukaj kogoś, kto zapłaci tobie wygłaszają ludzie na etacie lub szukający etatu. To tak jakby mówili: jestem artystą i należą mi się pieniądze. Zapytam trochę zbyt prowokacyjnie – skoro jesteś artystą, to dlaczego tak bardzo zależy ci na pieniądzach? Piszesz dla sztuki czy dla pieniędzy?

Oczywiście, nie twierdzę, że autorzy powinni pisać za darmo, ale jestem przekonany, że ludzie myślący w kategoriach etatu nie są dobrymi pisarzami, bo zamiast praktykować pisarstwo muszą pracować na etacie. Już kiedyś pisałem o ich sytuacji i co mogą z nią zrobić. Przedsiębiorcy natomiast ponoszą znacznie większe ryzyko niż pracownicy, ale też mogą zarabiać znacznie więcej. I tutaj pojawia się problem z propozycją przedstawioną panu Pawłowi, który miałby zapłacić połowę kosztów wydania swojej książki. Skoro ponosi ryzyko jak przedsiębiorca, to dlaczego miałby dostać tylko tyle, co zwykły autor-pracownik? Według mnie finansując w połowie swoją książkę jest już partnerem biznesowym, a nie autorem i należy mu się połowa udziałów w zysku. Dla mnie nie różni się to niczym od kupna połowy akcji spółki. To już nie jest praca. To inwestycja biznesowa.

Nie wiem czy panu Pawłowi bardziej zależy na wydaniu książki, czy na zyskach, ale powinien zdawać sobie sprawę, że jeśli sprzedada się 1000 egz. jego książki (co jest dobrym wynikiem), to zwróci mu się tylko 1500 złotych z zainwestowanych 3500 zł. Oczywiście 1000 egz. z pierwszego nakładu nigdy się nie sprzeda, ponieważ z oferty wynika, że za promocję autor nic nie płaci (bo nie ma za co). Musi tylko oddać w celach promocyjnych 50 egzemplarzy, czyli w najlepszym przypadku na rynek trafi co najwyżej 950 egzemplarzy.

Jego książka raczej nie będzie sprzedawana za więcej niż 30 zł. Aby wyszedł na zero, musiałby mieć około 13% ceny detalicznej lub 26% „ceny detalicznej pomniejszonej o marże” (czyli prawie trzykrotnie więcej niż oferuje mu wydawnictwo). Wówczas jego wkład zwraca się po sprzedaży 950 egz., a wydawcy już po 370 egz. Gdyby to była moja książka, oczekiwałbym minimum 20% ceny detalicznej, czyli 40% hurtowej, ale podejrzewam, że wydawca się na to nie zgodzi, chyba, że bardzo podoba mu się powieść i zrobi to z czystej przyjemności.

Koniecznie dowiedziałbym się, ile stron miałaby wydrukowana książka po składzie oraz na jakim papierze byłaby wydrukowana (gramatura, rodzaj, objętościowy?). Na jakim papierze byłaby okładka? Jakie uszlachetnienie okładki? Jaki format? Na podstawie tych danych można określić, ile rzeczywiście kosztuje druk owej książki i czy wkład autora to faktycznie 50% kosztów, bo jeśli 1000 egzemplarzy można wydrukować za 4000 zł, to autor praktycznie pokrywa prawie cały druk.

Skoro koszt wydania wynosi 7000 zł, a koszt druku 6000 zł, to oznacza, że koszt korekty, składu i okładki jest równy 1000 zł. To bardzo dobra cena. Tak dobra, że aż podejrzana. Jeśli to wydawnictwo jest w stanie zrobić za 1000 złotych skład, redakcję i korektę, to chętnie złożę im kilka zleceń. Jeśli by się nie zgodzili, to znaczy, że albo koszt jest znacznie wyższy i idzie z funduszy autora, albo rozpaczliwie szukają pieniędzy, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zrobiłby mi tego za 1000 złotych.

niedziela, 08 maja 2011

Dostałem list ze Stanów Zjednoczonych. List ten pokazuje typowy problem polskiego autora powieści. To znaczy nie do końca polskiego, ale do rzeczy.

Witam,

Mam na imię Paweł, mieszkam w Stanach i jestem pisarzem (piszącym po polsku). Piszę z dwóch powodów: pierwszy jest taki, że niedawno trafiłem na Twój świetny blog "mojbook", a drugi taki, że znalazłem niedawno polskie wydawnictwo, które jest zainteresowane wydaniem mojej pierwszej powieści. Wiec nie będę ściemniał. Piszę błagając o radę.

Wydawnictwo, które chce mnie wydać jest raczej nowym i niedużym wydawnictwem. Wiem, że ich pozycja na rynku jest dość kontrowersyjna, niektórzy ich krytykują dość zajadle, ale mi ogólnie się dość podoba, bo promuje pewnego rodzaju alternatywę z domieszką punku i może nawet pornografii (następny kontrowersyjny składnik).

Składając mi ofertę wydania mojej książki od razu szczerze oznajmili, że są raczej biednym wydawnictwem i autor musi dofinansowywać koszty wydania książki (czyli redakcję, drukowanie, promocję). Chcą mi wydać tysiąc egzemplarzy. Koszt druku jednej książki ma wynieść około 6 złotych plus koszty promocji, razem jakieś 7 000 zł, z czego połowę miałbym zapłacić sam, czyli jakieś 3500 złotych (możliwość rozłożenia tego na raty).

W cenie 6 złotych jest też skład i korekta. Wydawnictwo pokrywa połowę kosztów, ale niestety nie dzieli się połową zysku. Daje tylko jakieś 10 % i do tego nie jestem jeszcze pewien czy z ceny hurtowej czy detalicznej. Koszty reklamy to 50 darmowych egzemplarzy, które trafią do mediów i patronów medialnych, premiera w empiku, sprzedaż przez firmy dystrybucyjne Azymut, Matras, Olesiejuk plus Merlin i dystrybutorów niezależnych. Zaznaczyli też, że jest to tylko standardowa treść oferty i z tego co rozumiem to te 10% jest sprawą do targowania.

Dostałem dziś od nich treść umowy między autorem a wydawnictwem. Tytuł całego tego pisemka od razu mnie troszkę przeraził: UMOWA O PRZENIESIENIE AUTORSKICH PRAW MAJĄTKOWYCH. Nie wczytałem się w to jeszcze, ale boję się, że chodzi właśnie o to przed czym przestrzegałeś, czyli żeby nie dać się wrobić w "umowę o przeniesienie praw", ale wywalczyć "umowę licencyjną". Oczywiście zamierzam o to walczyć. Obawiam się jednak, że nawet jeśli to wywalczę, to będą jeszcze bardziej oporni żeby dać mi większy procent zysku

Wygląda na to, że sprzedawanie sztuki to brudnawy biznes jak każdy inny. Rzecz jasna, gdy w grę wchodzą pieniądze.

Po okresie radości, że chcą mnie wydać, czuję, że zaczynam być nerwowy. Czy oferta tego wydawnictwa jest rozsądna i dobra jak na polskie warunki? 3500 zł trochę mnie przeraziło, nawet w sytuacji, że pracuję w Stanach. Nie mam pojęcia, jak to robią młodzi pisarze w Polsce, jeśli nie mają bogatej mamy albo wujka.

Oczywiście próbowałem też szans w większych wydawnictwach, ale bez skutku. W jednym nawet miałem szczęście rozmawiać z redaktorką, która przyznała mi, że moja książka pewnie w ogóle nie została przeczytana przez byłego redaktora.

 

Na życzenie autora z listu usunąłem nazwę wydawnictwa. Pan Paweł wciąż z nimi negocjuje, więc nie chce sobie narobić nieprzyjemności.

Zanim wyjawię swoje zdanie na temat tej oferty, jestem ciekaw Waszych komentarzy, Drodzy Czytelnicy. Dlatego wstrzymam się z moją opinią kilka tygodni. Podjęlibyście się wydania swojej książki na takich warunkach?

Pisząc wpis o tajemniczym autorzeTo nie jest książki” zauważyłem, że zakładam coś, co może być ogromnym błędem.

Ostatnio siedzieliśmy z kilkoma współpracownikami w ING (tak, tak, oprócz wydawnictwa mam też inną pracę – „dojeżdżam i załatwiam”). Kolega z Górnego Śląska opowiedział nam zagadkę:

Ojciec i syn jadą samochodem i zdarza się tragiczny wypadek. Ojciec ginie na miejscu. Syn trafia do szpitala i musi być natychmiast operowany. Chirurg patrzy na niego i mówi: „Nie mogę operować. To jest mój syn!”. Jak to możliwe?

Siedzimy w gronie kilkunastu osób i kombinujemy. Oczywiście nasuwa się przypuszczenie, że ojciec, który zginął w wypadku był biologicznym ojcem, a ten chirurg, to ojciec, który adoptował. Ale kolega od zagadki zaprzecza. W końcu w biurze chyba ze 30 osób się nad tym głowiło i nikt nie wpadł na odpowiedź, a jest ona banalna, za to wiele mówi o naszej kulturze. Chirurgiem jest matka. Jakoś nie mogliśmy wpaść na to, że kobieta też może być chirurgiem, a dodam, że wśród nas było także wiele kobiet.

Uświadomiłem sobie, że autor „To nie jest książki” może być autorką. Nie jestem taką znowu szowinistyczną świnią, gdzieś tam z tyłu głowy to zakładałem, ale pisząc i mówiąc o „To nie jest książce” zawsze używam słowa autor. Być może niesłusznie.

Dostałem kilka pytań dotyczących tego, jak doszło do wydania „To nie jest książki”. Pierwsze recenzje są ogromnie pozytywne, jednak zdecydowanie sceptycznie odnoszą się do tego, że autor jest nieznany.

Pani Dominika Ciechanowicz z serwisu wywrota.pl podejrzewa, że to zwykły chwyt marketingowy i dodaje: „Ktokolwiek stoi za To nie jest książką, dysponuje niewątpliwą erudycją, lekkim piórem oraz sporą pomysłowością. Osobnik ów napisał bowiem powieść pełną błyskotliwych aluzji literackich, zaskakujących zwrotów akcji i ciepłego humoru; dokonał tego i z jakichś powodów do autorstwa się nie przyznaje”.

Nie dziwię się, że fakt nieujawnienia autora budzi wątpliwości wielu osób. Skoro ktoś napisał tak dobrą powieść, to dlaczego miałby ukryć swoje nazwisko? Coś tutaj jest podejrzanego. Myślę, że powód zatajenia swojej osoby jest pokazany w książce i wnikliwy czytelnik znajdzie go. Niestety, obserwując badania czytelnictwa wśród Polaków śmiem sądzić, że wśród osób czytajacych tego bloga mało kto sięgnie po „To nie jest książkę”, dlatego zdradzę ów powód na końcu tego wpisu. Najpierw jednak zmierzę się z kilkoma wątpliwościami czytelników.

Pewien lokalny dziennikarz telewizyjny zadał mi pytanie: Jak to możliwe, że umowa dotycząca praw autorskich nie określa autora?

Odpowiedź jest prosta. Prawo autorskie zakłada, że autor może być zidentyfikowany z imienia i nazwiska albo może posiadać pseudonim i ów przebiegły autor przyjął pseudonim Autor Nieznany. Przypomina mi się opowieść o Odyseuszu, który oślepił cyklopa przedstawiając mu się jako Nikt, przez co cyklop zawsze na pytanie, kto go pozbawił wzroku, odpowiadał, że Nikt. Zresztą nawiązania do literatury to chyba ulubiona zabawa tajemniczego autora.

Kolejne pytanie od tego samego dziennikarza, jego zdaniem przebiegłe, brzmiało: Skoro umowa wydania książki jest potwierdzona notarialnie, to dlaczego nie możesz dotrzeć do autora poprzez notariusza?

Szczerze pisząc, nie wiem. To znaczy nie wiem, dlaczego nie mogę do niego dotrzeć, ale wiem, że nie mogę. Powodów jest kilka:

1. Google nie ujawnia żadnego notariusza o takim imieniu i nazwisku.
2. Dane kontaktowe do notariusza, które uzyskałem z Izby Notarialnej nic nie dają. Telefony są poza zasięgiem lub nie działają, a pod wskazanym adresem jest dom, którego właściciele od miesięcy przebywają za granicą, a przynajmniej tak twierdzą sąsiedzi.
3. Nie zanosi się, żeby ów notariusz kiedykolwiek wrócił, bo w śledztwie dziennikarskim, które prowadził ów dziennikarz telewizyjny, wyszło, że notariusz zrzekł się polskiego obywatelstwa cztery miesiące temu, czyli jakiś miesiąc po potwierdzeniu umowy notarialnej.

A więc notariusz jest nie do namierzenia. Co więcej autor zadbał o to, żeby go nie szukać. Jak?

W umowie dotyczącej praw autorskich znalazł się zapis, że wynagrodzenie autora (10% ceny) ma być przekazywane na cele charytatywne – fundacje wspierające ludzi chorych na nowotwory (książka opowiada o chorym człowieku). I tutaj zaczyna się najciekawsze. Zaznaczono, że jeśli autor zostanie kiedykolwiek odnaleziony, a jego dane zostaną podane do wiadomości publicznej, licencja na druk „To nie jest książki” zostanie wycofana, a co za tym idzie, finansowanie organizacji charytatywnych zostanie wstrzymane.

Innymi słowy, jeśli ktoś kiedyś odnajdzie autora i ujawni jego dane, to odbierze pieniądze organizacjom charytatywnym. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że autor jest geniuszem.

Na koniec zgodnie z obietnicą zdradzam moje przypuszczenie, dlaczego autor tak zadbał o swoją anonimowość. Otóż w rozdziale „To nie jest książki” zatytułowanym „Muzyka” jest następujacy dialog:

Ktoś mi kiedyś wyjawił, co charakteryzuje wszystkich artystów. Nie pamiętam, kim ten ktoś był, ale musiał być całkiem mądry. Zgadnij, co powiedział. Co jest nierozłączną cechą każdego artysty? – spytał Wucet.
Miłosz zastanawiał się chwilę. Pomysł na odpowiedz przyszedł mu do głowy dopiero, gdy wypił trochę rumu.
Oryginalność?
Nigdy w życiu. Mogę ci pokazać różne piosenki autorstwa różnych muzyków, które są napisane na te same cztery akordy. Nie trzeba być oryginalnym ani tworzyć oryginalnych rzeczy, żeby być artystą. Szukaj dalej.
To może niezależność?
Też nie. Nawet Michał Anioł był zależny od tego, co powiedział mu facet wykładający kasę na farby.
Poddaję się.
Pycha.
Pycha?
Próżność. Uwielbienie. Uznanie. Potwierdzanie własnej wartości.

Wydaje mi się, że autor nie chciał być kolejnym „zwykłym proszkiem”, kolejnym autorem powieści. Chciał uniknąć tego, czego chce każdy autor – żeby być znanym, sławnym, wielbionym i bogatym. Kolejny dowód na to, że mamy do czynienia z kimś nietypowym, z geniuszem.

To nie jest książka

sobota, 26 marca 2011

Kiedyś pisałem o tym, jak zainteresować swoją książką wydawnictwo. Zapomniałem wówczas dodać bardzo ważnego zdania: bądź inny niż wszyscy.

Jako wydawca otrzymuję sporo propozycji od rozmaitych ludzi. Wszyscy chcą wydać swoje książki i zostać drugim Coelho albo jeszcze lepiej J. K. Rowling. Nie wiedzą, albo raczej nie chcą przyjąć do wiadomości, że szanse na taki sukces w Polsce są statystycznie policzalne. Średnio na 10 000 pisarzy 16 może o sobie powiedzieć jestem autorem bestsellera, a w przypadku debiutantów tylko około 2 na 10 000. Rocznie w Polsce wydaje się 30 tysięcy książek przez zapewne podobna liczbę autorów. Skoro 30 tysięcy dzieł różnych pisarzy trafia rocznie do druku, to spróbujcie sobie wyobrazić, ile nie trafia. To w pewien sposób daje wyobrażenie o tym, ile maszynopisów powieści trafia do wydawnictw, w tym do mojego i niestety ląduje w śmieciach.

Nie jestem w stanie przeczytać wszystkiego. Powiedziałbym nawet, że nie jestem w stanie przeczytać nawet jednej dziesiątej nadesłanych ofert, a co dopiero na nie odpowiedzieć. Często z tego powodu dostaję różne zgryźliwe maile. Przykład: Studiując Państwa stronę internetową wydawało mi się, że mogę liczyć na jakiś (…) odzew. [Jestem] taki duży, a jeszcze taki naiwny. Niektórzy po prostu nie rozumieją, że nie mam szans uszczęśliwić wszystkich. Nawet 10% nie mogę.

Po przeglądnięciu kilkudziesięciu nadesłanych prac człowiek zaczyna się znieczulać. Mało co jest już w stanie zaskoczyć. Wszyscy autorzy zaczynają wydawać się wtórni. Wszyscy oprócz jednego.

Kilka miesięcy temu znalazłem w skrzynce przesyłkę. Był to maszynopis. Nie wiadomo, kto go nadesłał, nie wiadomo skąd. Na maszynopisie widniał napis „autor nieznany”. Do wydruku załączono potwierdzoną notarialnie umowę przeniesienia praw autorskich na moje wydawnictwo Narbook. I nic więcej. Tylko tyle. Dostałem powieść. Nie wiadomo od kogo. Intrygujące, prawda? Na tyle intrygujące, że postanowiłem ją przeczytać - czego z wieloma propozycjami nie robię. Tajemniczości dodawał fakt, że książkę zatytułowano To nie jest książka. Opis powieści można znaleźć tutaj, a spis treści tutaj.

Czytałem wszystko z przerwami trzy dni, które umknęły mi jak kwadrans. Rzadko można spotkać powieść tak zaskakującą, tak naszpikowaną aluzjami literackimi, a do tego przystępną dla każdego. Założę się, że przęciętny specjalista od literatury lub nawet szkolny polonista podczas lektury będzie miał ten moment przebłysku – odkrycia pewnych niuansów, na przykład kiedy młody bohater imieniem Miłosz mówi, że zabije Wieśkę nie bacząc na wszelkie traktaty moralne, a wspomniana Wieśka mówi, że zostawiła kota w pustym mieszkaniu. Wyjaśniam, że Czesław Miłosz jest autorem Traktatu moralnego, a Wisława Szymborska wiersza pt. Kot w pustym mieszkaniu. Nie-poloniści nie zrozumieją dowcipu, ale myślę, że i tak odkryją w książce wiele wartościowych myśli.

To nie jest książkę postanowiłem wydać. Moim zdaniem to jedna z najlepszych współczesnych powieści, jakie w życiu czytałem, zaraz po Niezdecydowaniu Benjamina Kunkela, ale przyznaję, że gdyby nie tajemniczy autor i sposób w jaki maszynopis trafił do mojego wydawnictwa pewnie nawet nie przeczytałbym pierwszej strony. Morał z tej historii brzmi: jeśli chcesz zainteresować wydawcę, zrób coś, czego jeszcze nie było (albo wydawca uważa, że tego nie było).

To nie jest książka

Nie mam tylko pojęcia dlaczego książkę przekazano akurat mojemu wydawnictwu Narbook. Być może dlatego, że autorem jest któryś z moich znajomych? W co wątpię, bo nie znam tak dobrych pisarzy wokół siebie. A może dlatego, że logo wydawnictwa bardzo wiąże się z symboliką, na której zbudowana jest fabuła To nie jest książki, czyli symbolu drzewa i książki (papier robi się z drewna, a z papieru książki, pierwsza księga Biblii opowiada o drzewie z owocem zakazanym, a owocem zakazanym w tej opowieści jest księga i tak dalej). A może dlatego, że powszechnie wiadomo, iż przekazuję 10% zysków ze sprzedaży na cele charytatywne. A może jest to zupełnie inny powód. Pewnie nigdy się nie dowiem.

piątek, 28 stycznia 2011

Proste pytanie – jaki konieczny warunek musi spełnić pisarz, żeby jego książki zaczęły się sprzedawać? Jaką niezbędną cechę musi posiadać, aby zostać sławnym i bogatym? Dlaczego książki jednej pisarki zawsze stają się bestsellerami, a książki innej, choć bardzo podobne i napisane na tym samym poziomie, zawsze okazują się klapą? Proszę bardzo. Śmiało. Rzucajcie propozycje.

Talent? Jasne, talent pomaga, ale jest wielu pisarzy z talentem, którzy nigdy nie przebili się do zbiorowej świadomości, ba, nawet nie wydali swoich książek, a więc talent to zdecydowanie nie ta cecha.

Dobra promocja? Nie zaszkodzi, ale nie ma takiej promocji książek, która pozwala sprzedawać ich duże ilości. Ktoś powie: „Jak to nie? Gdyby książkę X reklamować codziennie przed wiadomościami przez miesiąc, to na pewno by się dobrze sprzedała!”. To prawda, ale jakie przyniosłaby zyski? Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w telewizji nie ma reklam książek? Nawet największe bestsellery nie są w stanie zyskami ze sprzedaży pokryć kosztów takiej promocji. Na rynku książki nie ma czegoś takiego, jak dobra promocja, bo żadna książka nie jest w stanie na taką zarobić. Są mniej lub bardziej udane próby promowania książek. Te bardziej udane próby charakteryzuje to, że są najtańsze, a więc należą do nich wszelkie działania PR, pozyskiwanie recenzji itp., natomiast zdecydowanie nie są to płatne reklamy. Jeśli jakiś autor twierdzi, że jego książka się nie sprzedała, bo nie miała dobrej promocji, to pewnie ma racje, ale mogę go osobiście zapewnić, że gdyby miała mieć lepszą (droższą) promocję, to pewnie w ogóle nie doszłoby do wydania jego książki, bo zwyczajnie by się to nie opłacało.

Wytrwałość? Zawsze wmawia się ludziom poprzez różne filmy, książki i mądrości ludowe, że wystarczy długo dążyć do celu, a na pewno osiągnie się sukces. Bzdura. Znam wielu muzyków, którzy od dwudziestu lat próbują wytrwale przebić się ze swoją naprawdę dobrą muzyką i nic z tego. Znam również takich, którzy próbują bez skutku od czterdziestu lat. Z pisarzami jest podobnie. Co z tego, że piszą już dziesiątą książkę, jeśli wydano tylko dwie, ale obie się nie sprzedały, więc nikt nie chce ryzykować pieniędzy w kogoś, komu już dwa razy się nie udało. Może napisać kolejnych dziesięć i pokazać, jak bardzo jest wytrwały, tylko co z tego?

Więc co pozostaje?

Tym czymś jest szczęście. Fart. Szczęśliwy zbieg okoliczności. Przypadek.

Podam kilka przykładów. Pod koniec lat '90 Katarzyna Grochola była biedna jak mysz kościelna, choć trafniej byłoby napisać, że była biedna jak jedna z jej bohaterek. Dlaczego jej się udało? Dlaczego ktoś zdecydował się wydać książki Grocholi, a nie setek innych pisarek? Ja wiem dlaczego i wiem to z pierwszej ręki. Jerzy Urban szepnął o niej dobre słowo komu trzeba. Pewnie zaraz pojawią się głosy: „Co? Urban? Dobrze się czujesz? A niby dlaczego miałby pomagać jakiejś nieznanej wtedy Grocholi?” A dlatego, że są rodziną. Jeżeli się nie mylę, jest mężem jej cioci. Fart. Przypadek. Grocholi udało się szczęśliwie urodzić.

Masłowska. Dlaczego wszyscy krytycy rzucili się na jej książki jak nie przymierzając Ferdynand Kiepski na Mocnego Fulla? Po znajomości. Masłowska znała Dunin-Wąsowicza, a Dunin-Wąsowicz (jej wydawca) znał całą redakcję Polityki, ponieważ z nimi współpracował. Jego koledzy z redakcji zainteresowali się książką, opublikowali artykuł o Masłowskiej w piśmie, które czyta 100 tysięcy ludzi tygodniowo. Ów tekst zainteresował innych dziennikarzy i tak zaczęła się medialna lawina, której szczytem było chyba zachwalanie Masłowskiej przez Roberta Leszczyńskiego w programie Idol, choć trudno powiedzieć, aby miała ona cokolwiek wspólnego ze śpiewaniem. Gdyby Dunin-Wąsowicz nie znał się z redakcją Polityki, Polska nie znałaby Masłowskiej. Przypadek.

Dlaczego zapanowała taka mania na kryminały Stiega Larssona? Owszem, wciągają, ale mało to istnieje na świecie kryminałów, które wciągają i nikt ich nie zna? Nałożyła się na to seria przypadków. Po pierwsze (niestety) jego śmierć. Przepraszam, że to napiszę, ale świeżo zmarły autor zawsze dobrze się sprzedaje. Wystarczy spojrzeć na wyniki sprzedaży książek Kapuścińskiego w 2007 roku lub Jana Pawła w 2005. Niekwestionowane bestsellery. Po drugie jego książka trafiła w ręce producentów filmowych. Itp. Itd.

 

niedziela, 16 stycznia 2011

Ostatnio pisałem o tym, że w Polsce wydaje się rocznie 31,5 tys. nowych książek oraz tłumaczyłem co to oznacza dla każdego autora. Ta informacja ma jeszcze jedno ważne znaczenie – ile z tych 31,5 tys. książek można znaleźć w przeciętnej księgarni? 1 procent?

Standardowy Empik jest chyba najlepiej zaopatrzoną księgarnią w każdym mieście. Według danych podawanych przez samego prezesa sieci, przeciętny salon ma 5000-6000 różnych książek. Załóżmy, że są to tytuły wydane w ciągu ostatnich 10 lat, bo coś starszego trudno tam znaleźć, nawet jeśli to Miłosz lub Szymborska. W ciągu ostatniej dekady wydano w Polsce około 280 000 rozmaitych książek, czyli w przeciętnym Empiku jest 2% z tego. Dlatego, jeśli szukacie jakiejś książki, która nie jest bestsellerem, możecie z dużym prawdopodobieństwem usłyszeć w Empiku: „Nie ma”. W pierwszej kolejności najlepiej szukać w internecie i na allegro. Tam jest prawie wszystko.

Dla przykładu książki mojego wydawnictwa nie ma w Empiku, ale nie ma żadnego problemu, żeby znaleźć ją w internecie. Można ją kupić zarówno w największych sklepach jak merlin.pl czy gandalf.com.pl oraz w serwisach aukcyjnych.

Dlaczego nie ma jej w Empiku? Z wielu względów. Po pierwsze, wyszła w listopadzie, co jest porą zbyt późną, żeby cokolwiek wprowadzać do wielkiej sieci sprzedaży, ponieważ przed świętami półki są zapchane już innymi rzeczami. Po drugie moje doświadczenie w rozmowach z Empikiem jest raczej mało pozytywne. Niewykluczone, że publikacja mojej firmy (Wywiady Bez Kitu) jeszcze trafi do Empiku, ale tymczasem postanowiłem udać się do przypadkowego salonu (Wrocław Magnolia) i zapytać, czy mają taką świetną nową książkę, w której są wywiady z Nosowską, Soyką, Maleńczukiem i Myslovitz i w ogóle całą muzyczną śmietanką.

– Już sprawdzam – powiedziała Pani w punkcie info. – Niestety nie ma – odparła. (A to niespodzianka.)
– A dlaczego nie macie tak ważnej książki – pytam grzecznie, choć z udawaną pogardą.
Pani zawiesiła się na chwilę, po czym rzekła:
– Bo ta książka wyszła tylko z gazetą.
Szok.
To oczywiście totalna bzdura. Wymyśliła sobie to na poczekaniu.

Podejrzewam, że miał to być tekst usprawiedliwiający sieć przed brakiem „tak ważnej książki”. Przełknąłbym ślinę i odszedłbym w spokoju, ale pani w punkcie info, postanowiła udzielić mi dodatkowych informacji, które zaczerpnęła z komputera. Według niej książka została wydana tylko na próbę w bardzo niskim nakładzie (co oczywiście również jest bzdurą). Do tego jest sprzedawana tylko przez dwie strony internetowe, co również jest nieprawdą. Podejrzewam, że tylko dwie strony wyskoczyły jej w googlu, a dwie największe księgarnie internetowe (Merlin i Gandalf) prawdopodobnie wydały jej się zbyt marnymi graczami w porównaniu z Empikiem, skoro nie chciało jej się w nich sprawdzić. Dla pracowników, którzy codziennie patrzą na logo Empiku, Gandalf to tylko kraj trzeciego świata. To nic, że Empik w internetowych wynikach sprzedaży plasuje się za nim.

Na koniec dowiedziałem się jeszcze, że książka nie jest już w sprzedaży, co załamało mnie kompletnie. Najwidoczniej w umyśle pracowników Empiku świat książek poza ich siecią nie istnieje, więc setki polskich księgarń współpracujących z Azymutem nie ma najmnijeszego znaczenia.

Zupełnie nie rozumiem takiego zachowania. Co pani z punktu info szkodziło powiedzieć „Nie mamy. Nie wiem, dlaczego”. To wygląda zupełnie tak, jakby pracownikom firmy wpojono przekonanie „Empik to ja” i każdy zamach na rzetelność firmy musi zostać odparty, choćby wierutnym kłamstwem.

sobota, 15 stycznia 2011

31,5 tys. – a przynajmniej tyle Biblioteka Narodowa podaje za 2010 rok.

Jeżeli założymy, że rocznie w Polsce powstaje średnio 50 mniejszych lub większych bestsellerów (tak by wychodziło z rankingów Rzeczpospolitej), to matematyczne szanse na to, że książka jakiegoś autora opublikowanego w Polsce stanie się hitem sprzedażowym wynoszą 50 do 31 500, czyli 0,16%. Oznacza to, że w ciągu roku na 10 000 pisarzy 16 czeka sława i pieniądze. W 2008 szanse na sławę były nieco większe, bo Biblioteka Narodowa odnotowała 28.248 tytułów książek, czyli 18 pisarzy na 10 000 miało szanse na zapisanie się w annałach literatury.

To dosyć zniechęcające obliczenia – tylko kilkunastu autorów na całą Polskę ma szansę się wybić, a jakby tego było mało część z nich to zagraniczni, albo gwiazdy z telewizji pokroju Krzysztofa Ibisza, który pisze, jak dobrze wyglądać po czterdziestce/sześćdziesiątce (niewłaściwe skreślić). Do tego dochodzą nowe powieści pisarzy, którzy mają już ugruntowaną pozycję i co by nie napisali, zamienia się w złoto, więc dla obiecującego debiutanta zostaje jedno-dwa wolne miejsca. Można się załamać.

Można, ale większość pisarzy wierzy w swój talent i pisze dalej. Część jest pozbawiona złudzeń, ale piszą mimo tego, bo nie zależy im na sławie, tylko na samej frajdzie z pisania lub po prostu muszą pisać z tego samego powodu, dla którego Tori Amos gra na fortepianie – po prostu inaczej nie potrafią się komunikować i uważam, że to jest najcenniejsze.

piątek, 14 stycznia 2011

Polska Izba Książki (PIK) i Empik obrzucają się dyplomatycznymi wyzwiskami. PIK zarzuca Empikowi osłabianie rynku książki, a Empik zarzuca PIK manipulację. Spór ten trwa już od jakiegoś czasu, ale przy jego okazji wyszły na jaw ceny, jakie Empik przedstawia wydawnictwom, chcącym wypromować swoje książki w salonach sieci. „Wypromować” to znaczy wprowadzić książki do sieci w dużej liczbie i lepiej je wyeksponować.

I tak od nowego roku 2011 promocja towaru kosztuje od 12 tys. zł (np. książek dziecięcych i audiobooków) do 20 tys. zł (literatury – czyli praktycznie większości książek). PIK szacuje, że w przypadku sprzedaży 1000 egzemplarzy (co uznaje za niezły wynik), można wyliczyć, iż promocja kosztuje 20 zł od jednego egzemplarza książki. Tyle z ceny powieści promowanej przez Empik dostaje on sam. Do tego dochodzi oczywiście marża na każdej książce.

Jakie to ma znaczenie dla ludzi piszących książki? Powinno im otworzyć oczy na to, ile pieniędzy wydawnictwo musi wydać, aby książka jakiegokolwiek autora otrzymała status bestsellera, bo bardzo, BARDZO rzadko zdarza się, aby książka której nie widać w Empiku, stała się bestsellerem. Książka mojego wydawnictwa (Wywiady Bez Kitu) nie jest tam promowana i nie jest też bestsellerem, a potencjał ma ogromny.

Warto w tym miejscu przytoczyć słowa prezesa Empiku, Marka Minkiewicza, który w wywiadzie opublikowanym w Bibliotece Analiz (grudzień 2010) powiedział, że odnotowaliśmy średnio 8-9 proc. wzrostu przychodu ze sprzedaży książek oraz, że dział książki utrzymuje największy udział w przychodach firmy. Skoro są zyski i coś się sprzedaje, to można podnosić ceny dostawcom – stare prawo popytu i podaży.

Na koniec dodam, że warto czasem poczytać rozmaite uchwały zarządu NFI Empik Media & Fashion S.A., aby dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy o stanie finansów tej firmy i polityce zysków. Na przykład w uchwałach z 30.10.2010 można przeczytać, że zysk netto tej spółki za rok 2009 roku wyniósł 271.471.503,84 zł (dwieście siedemdziesiąt jeden milionów czterysta siedemdziesiąt jeden tysięcy pięćset trzy złote osiemdziesiąt cztery grosze), z czego część postanowiono wypłacić w postaci dywidendy osobom posiadającym akcje Empiku. Dywidenda wynosiła... 19 groszy od akcji.

 

 
1 , 2 , 3