czyli jak wydać książkę
Blog > Komentarze do wpisu

Za plecami Szymborskiej

Michał Wereszczyński z wydawnictwa Telbit napisał oświadczenie, które uważam za obowiązkową lekturę dla każdego, kto o książkach wie tylko tyle, że kupuje się je w księgarni i nie wie, co Szymborska i Miłosz (a właściwie ich tomiki) muszą przejść zanim trafią do czytelnika. Oświadczenie to pokazuje, jak wygląda rzeczywistość wydawcy w Polsce. Postanowiłem je obrazowo objaśnić dla ludzi, którzy nie za bardzo rozumieją, o co panu Michałowi chodzi.

(…) Za skandaliczne uważamy również coraz powszechniejsze próby zakamuflowania dodatkowej marży poprzez wprowadzanie:
- dodatkowych rabatów handlowych za zatowarowanie, promocje etc. Naszym zdaniem dodatkowym rabatem można wynagrodzić partnera jedynie w sytuacji, gdy bierze część ryzyka na siebie, np. przy ograniczonym prawie zwrotu, a nie na „normalnych” warunkach, tj. gdy całe ryzyko pozostaje po stronie wydawcy;

O co chodzi?
Wydawca daje książki hurtownikowi za te przysłowiowe 17 złotych, ale hurtownik mówi:
– Ale te książki się nie sprzedadzą, jeśli nie wystawimy ich w księgarni na widoku. Chcesz, żebyśmy to zrobili?
– Jasne.
– Ale to kosztuje kolejne 2 złote z twoich 17. Zgadzasz się?
– Nie mogę, bo strasznie mało wtedy zarobię. Musze przecież zapłacić za prąd, biuro, księgowej, autorowi i prawie nic dla mnie nie zostanie.
– No jak sobie chcesz, w takim razie upchniemy książki gdzieś na ostatniej półce z tyłu, ale nie miej do mnie pretensji, jak się nie sprzedadzą.
Oczywiście hurtownik też nie zarobi tych swoich 17 złotych, jeśli książki się nie sprzedadzą, ale za to znajdzie innego wydawcę, który da mu ekstra 2 złote.

- obligatoryjnych (!) dla wydawców opłat za składowanie książek będących w obrocie danej hurtowni. Nie mówimy tu o świadczeniu przez magazyn hurtowni dodatkowych usług logistycznych, kiedy pobieranie opłat jest zupełnie naturalne, ale o próbie wprowadzenia opłat za magazynowanie książek... zamówionych u wydawcy do dalszej odsprzedaży przez tę samą hurtownię!

Wyjaśnienie dla żółtodziobów:
Wydawca daje hurtownikowi 3000 egzemplarzy książki, a hurtownik mówi:
– Słuchaj, te książki zajmują dużo miejsca. Musisz mi za to zapłacić.
– No przecież ci płacę 17 złotych?
– Tak, ale to jest za sprzedaż, a nie za trzymanie książek w magazynie.
– Przecież musisz je mieć w magazynie, bo jak inaczej chcesz je sprzedać?
– Albo płacisz mi dodatkową złotówkę, albo nie przyjmuję ich do magazynu i nic wtedy nie sprzedam, a ty nic nie zarobisz.
I tak na umowie hurtownik dostaje 50% ceny, ale w rzeczywistości z opłatą magazynową bierze 53%.

- tzw. retro-rabatów, czyli dodatkowych rabatów handlowych naliczanych progresywnie, po przekroczeniu określonych wartości obrotów handlowych. Bardzo często bowiem jest tak, że większe obroty nie wynikają wcale z ponadstandardowej aktywności handlowej hurtowni, a z inwestycji wydawnictwa (!) w nowe tytuły i w ich promocję;

Hurtownik mówi:
– Stary, Twoje książki idą jak świeże bułeczki. Mam zamówienia na kolejne 1000 egzemplarzy, ale żeby obsłużyć aż 1000 zamówień, potrzebuję dodatkową złotówkę od każdego egzemplarza.
– A niby dlaczego? I tak dostajesz 17 złotych, a to przecież ja ci nakręciłem te 1000 zamówień, bo wykupiłem reklamę w Wyborczej. A ty co zrobiłeś, żeby sprzedać książki poza tym, że zażądałeś dodatkowych 2 złotych za wystawienie ich na widoku?
– Albo mi zapłacisz ekstra złotówkę za obsługę tych zamówień, albo ich nie zrealizuję i twoja kasa na reklamę pójdzie w kibel. Wybieraj. Możemy się później przez 2 lata sądzić, ale do tego czasu umrzesz z głodu.

- za podobną nieuczciwość uważamy także brak przejrzystości w systemach rozliczeń. Wydawca, który powierza hurtowni wydane przez siebie – tylko i wyłącznie na swój koszt i własne ryzyko – książki, powinien mieć pełne prawo do wglądu w system rozliczeń, bez żadnych wyjątków. Bank kredytujący zakupy klienta może w każdym momencie prześwietlić jego sytuację finansową. Niektórzy zapominają, że wydawca zgadzając się na konsygnację (komis), de facto pożycza swoje pieniądze hurtownikowi i kredytuje w ten sposób jego działalność.

Że co?
Każdy wydawca daje książki hurtownikowi za darmo. Hurtownik je sprzedaje i co miesiąc dzwoni do wydawcy, żeby powiedzieć mu, ile książek się sprzedało:
– Siema! Jak tam małżonka i dwójka dzieci?
– Mieliśmy paskudne Święta Bożego Narodzenia, bo nie miałem pieniędzy na prezenty dla dzieci, a co u ciebie?
– A kupiłem synowi Porsche pod choinkę, ale ja nie o tym chciałem. Słuchaj, sprzedało się 100 twoich książek. Przeleję ci w ciągu tygodnia 1700 złotych. Wyślesz mi fakturę na swój koszt?
– W porządku.
Wydawca pomyślał sobie, że kurcze mógł ten 1700 dostać tydzień wcześniej przed świętami i kupić prezenty, a tak pieniądze leżały sobie na koncie hurtownika i procentowały, a procent dostanie się hurtownikowi, a nie jemu.
Akurat wchodzi sekretarka i mówi do hurtownika:
– Szefie, tutaj jest raport ze sprzedaży, najlepiej sprzedaje się książka pana Śmigło. Poszło aż 1000 egzemplarzy w tydzień.
– Hej, to moja książka – krzyczy wydawca, który wszystko usłyszał – przecież powiedziałeś mi, że sprzedałeś 100 egzemplarzy, a tu słyszę, że 1000!
– Musiałeś się przesłyszeć.
– Wiem, co słyszałem. Chcę zobaczyć ten raport.
– To tajemnica handlowa. Zresztą, czego się obawiasz? Przecież nawet jeśli sprzedalibyśmy te 1000 egzemplarzy, to by i tak wcześniej czy później wyszło na jaw. Dostałbyś swoje pieniądze. Mógłbyś zażądać zwrotu swoich książek, my byśmy ich nie mieli, bo się sprzedały i musielibyśmy ci zapłacić te 17000 zł.
– Tak, tylko, że dopóki nie zażądam zwrotu, te pieniądze procentują na twoim koncie dając ci 100 zł miesięcznie ekstra, a ja nie mam nawet na prezenty!

Prawda, że ciekawie wygląda to, co się dzieje za plecami tomików Miłosza, Szymborskiej, Norwida i setek innych pisarzy wrażliwych na los ludzki?

Pełny tekst oświadczenia jest tutaj.

Ps. Przyznaję, że z tymi prezentami i Porsche przesadziłem. Życzę wszystkim wydawcom i hurtownikom Wesołych Świąt.

niedziela, 26 grudnia 2010, narbutowicz